Skończyłam czytać pierwszy rozdział 'Wrogów publicznych'. Opowiada on o tym skąd się wzięła fala przestępczości lat 30. tych w Stanach, o Hooverze, który przeszedł niezwykłą drogę do stworzenia FBI i o tym kim byli Amerykanie sprzed 80 lat.
Autor, ustami jednego z kasiarzy, wspominającego swoje dokonania pod koniec lat 70-tych, twierdzi, że ówcześni przestępcy zajmujący pierwsze strony gazet są dla współczesnych tak samo realnymi postaciami jak Indiana Jones czy Luke Skywalker. Przeżuci przez nigdy nienażartą popkulturę.
A dla mnie? Świat sprzed II wojny jest tak samo realny jak opowieści z Dzikiego Zachodu. Wydarzenia na 12 lat przed Pearl Harbor od niego samego oddziela gruba linia - innej epoki. Pewnie dla mojej babci są to niezbyt tak odległe wydarzenia - dla mnie to nie 80 lat, a już prawie 100. Aż się nie chce wierzyć, że to ten sam XX wiek w którym się urodziłam i wychowałam.
A jednak... Patrząc na maniery i zachowanie ówczesnych to zdecydowanie bliżej im do XVIII wiecznej bajki niż XX wieku. Więc pozostaje taka... taka tęsknota.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz