
Ferie, ferie i po feriach. Wypalona ostatnia tutaj fajka, wypity ostatni tutaj drink. Ostatnia porcja świeżych plot, kto urodził, kto usunął, kto był czyim materacem. Finito. Jutro, a właściwie dziś zbieram manele i wracam na mazowsze.
Wystawa była nudna jak flaki z olejem. Kocham Rembranta, Caravaggia, nie wspominając już o Malczewskim czy Goyi. Ich obrazy uderzają jak obuchem. Rubens i spółka byli słabi pod tym względem - trochę martwej natury, trochę portretów, sielanek. Nic powalającego.
Co tam jeszcze? Odwiedziłam pub u Szkota (bardzo miły zresztą), a wieczorkiem "Oberżę pod turbotem" (dla niezorientowanych - zupełnie smaczna rybka), gdzie podają tanie i pyszne drinki. Właśnie wróciłam gdzieś z pół godziny temu. W drodze powrotnej przyczepiło się do mnie dwóch dresów. Najpierw szli gdzieś 100 m za mną przez kwadrans, więc skręciłam do sklepu. Gdy wyszłam zobaczyłam, że czekają przed sklepem. Do strachliwych nie należę, ale zimny wiatr przeleciał mi po pleckach, kiedy dalej wracając wstali i szli za mną. Nie odwracałam głowy, nie przyspieszałam kroku, nie kluczyłam uliczkami. W myślach oceniłam skuteczność moich glanów w starciu z ich goleniem po czym uzyskawszy satysfakcjonującą ocenę doszłam do domku. Koniec kryminału, pora spać.
P.S. Trochę martwi mnie fakt, że pierwszą reakcją na możliwe zagrożenie była chęć obrony przez atak.
P.S. (2) Zdjęcie z imprezy u Martyny. Najlepszy "małysz" wychodzi właśnie z Finlandii!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz