Pamiętam jak siedziałam z Martynem i Robertem (oblania matury życzę)i pomyślałam sobie, że ja to już cholera pierdzielę. Że mam już dosyć pogoni za szczęściem. Że już mnie to nic nie obchodzi. Że chcę się ostatecznie zamknąć w sobie i w metalu jak w klatce - żyjąc wspomnieniami i marzeniami.
A potem? Okazało się, że parę osób które poznałam dzięki niezrównanej Wioli J. pod koniec I semestru się na mnie uwzięły. Normalnie się na mnie uwzięły. 'Olśniewające kreatury' niezbyt pytając się o moje zdanie zaczęły przeprowadzać rewolucję. Początkowo stając za parawanem szybkich powrotów do domu, książek i słuchawek, później coraz częściej wychodząc tu i tam. Mimo jednak, że zdawałam sobie sprawę, że określenie 'ekstremalnie nie pasuję' będzie eufeminizmem coś mnie do nich ciągnęło. Coś co sprawiało, że co jakiś czas spędzałam 2-3 godzinki z weekendu skanując notatki. Z jednej strony obawa przed odrzuceniem i byciem tylko dodatkiem co cudzej kolekcji czy obiektem na którym ktoś może sobie wyładowywać niespełnione ambicje społeczne a z drugiej strony ciekawość. Po kilkunastu miesiącach czas pokazał, że warto było zaryzykować dzięki czemu dziś mam przy sobie Tą Najważniejszą Osobę, zajebistą przyjaciółkę i pozytywnie zakręconą Kaszubkę, z którą też idę na koncert :P
Przeglądam dalej zdjęcia. Są osoby, które dziś dla mnie wyparowały z tych chwil, ale zanim tak się stało udzieliły kilku wskazówek jak żyć w społeczeństwie i czego szukać w ludziach.
A potem... chyba te doświadczenia, które zdobyłam dzięki wyżej wspomnianym :) pokazały mi, że nie muszę być odludkiem, że mogę mieć znajomych także poza 'minimalnym, potrzebnym do przeżycia kontaktem społecznym' poza Martynem i paroma osobami z netu. Przyszedł maj, który wniósł kolejną znajomość, która już po 1,5-2 miesiącach pokazała mi coś jeszcze - że mogę się podobać i być atrakcyjna jako kobieta. Kolejny przełom :) Ale myślę, że to ja musiałam być już gotowa, żeby zauważyć tą szansę którą pokazuje mi los, a nie ślepo koło niej przebiec.
W wakacje późnowiosenna znajomość się rozwijała w błyskawicznym tempie, a także ubarwił je szatański i niezapomniany wypad na mor - czyli najlepsze 4 dniowe wakacje w życiu :)Gapię się właśnie na zdjęcie moich koszulek i spodni suszących się na namiocie i już mam banana na twarzy jak pomyślę o tegorocznej edycji :)
Dalej kolejna nieszczęśliwa rewolucja sercowa, przy zejściu majowych znajomości na drugi plan, która dziś jest nieistotnym epizodem, poza jej skutkami. Ponieważ pokazała mi, że mam nie tylko znajomych - ale też przyjaciół, którym się mogę wygadać i wypłakać :)
Wakacje się kończyły, a ja stanęłam przed wielką konfrontacją - czy czekać na coś, co nie ma szans powodzenia, ale jest blisko, czy zgodzić się na coś, co czeka, ale jest cholernie daleko. Początkowo próbowałam 'siedzieć na dwóch stołkach', a potem przeżywałam okresy zwątpienia i nawrotu sił w jedną i w drugą stronę. W między czasie cały czas umacniałam więzi, które zaczęły się pod koniec 2007. Trafiłam na ślepy trop, ale na szczęście trafiłam też na te trwalsze :) a dylemat w którą stronę ma dryfować serce sam się zaczął rozwiązywać. By wreszcie znaleźć swój finał (przy nieocenionej pomocy Martyna) w ostatnią noc tego roku. Ostatnie zdjęcie z 2008 zrobiła Martyn moją komórką. A może to były już pierwsze godziny 2009?
A teraz? Już nie czekam na końcówkę tego roku, żeby wysłać do drukarni zdjęcia. Tylko na zdjęcie Wioli z sesji :) Staram się chwytać dzień. A mur z książek i muzyki? już to nie mur, a rzecz która spaja i scala :) Słucham właśnie 'Snu o Victorii' Dżemu i nucę 'o viktorio, moja viktorio...'

I tak sobie myślę... że to nie stało się przypadkowo, że miłość to nie była manna z nieba, którą anioły sypnęły mi w oczy. Nawet jeśli, to musiałam być na nią gotowa. Musiałam poznać swoje silne strony i swoje słabości. Zrozumieć ile jestem warta, a potem... uwierzyć. Uwierzyć w to, że mogę i ja. 'o viktorio ma...'
1 komentarz:
ważne ,że jesteś szczęśliwa:D
Trzymaj się Bestio:D:)
Prześlij komentarz