sobota, 2 sierpnia 2008

She should not lock the open door / full moon is on the sky and he is not a man anymore

Jest wieczór. Właśnie skracałam sobie spodnie słuchając T/D/F kiedy ogarnęła mnie fala natchnienia. Przy ‘Our candle melts away’.

Wiem, że dawno nie pisałam, dawno też nie zerkałam na wasze blogi. Trochę z braku czasu, trochę z braku sił. Ze 3-4 razy zabierałam się za notki, ale jako niedokończone zostawały w szkicach.

Kilka kwestii ważniejszych z ostatniego miesiąca.

Masters of Rock – powiem tyle – genialni ludzie (pozdrowienia dla Czecha z włosami jak baranek), genialna muzyka, genialna atmosfera. Nie wiem jak to będzie w przyszłym roku przez praktyki i wyjazd we wrześniu, ale muszę tam być za rok. Dla nich. Dla siebie. Dla własnej duszy. Wstawałam koło 8 rano (bo słońce przegrzewało mi w namiocie mózg), potem z Martynem i Kamilem utykaliśmy w dłuuuugaśniej kolejce pod prysznic (Kamil cwaniak wstawał o 5 rano ;). Potem wizyta w Albercie i zakup ich niedobrego piwa. Krótkie śniadanie czyli piwo i zakąska i koło 11-12 wbijałam się pod scenę. Martyn z Kamilem woleli zostać z tyłu, ja szłam na żywioł. W słońcu, w 40 stopniowym upale o 12 stanie w glanach może nie wydaje się być rozsądnym, ale wierzcie – jest jedynym możliwym rozwiązaniem, dla kogoś kto nie chce mieć zmiażdżonych stóp ;). 1-4 rząd od sceny to moje miejsce. Nawet jak grała słaba kapela, to atmosfera która była wokól – sama podrywała. Stąd moje omdlewające ręce od magicznego znaku \m/, bolący kark od machania włosami i skurcze w łydkach od podskakiwania. Ale warto było. Ze szczególnych koncertów warto wspomnieć Korpiklaani, jedną z moich ulubionych kapel, na których koncercie wyłam do zdarcia gardła „HERE WE HAD BUILT OUR COTTAGES AND SAUNAS” a także „BEER! BEER!”. Ze szczególnych osiągnieć to udało mi się zostać oplutą piwem przez wokalistę, zmacać jego dłoń i ramię oraz po raz pierwszy szaleć koło „baranka” (vel. „loczka”). Tak, wiem, że brzmi to co najmniej dziwnie, ale tak już jest. Kiedy wokalista krzyczy do publiki „What are you motherfuckers doing?” (koncert Engela) to wszyscy szaleją. Na koncercie Korpiklaanosów mało co nie złapałam puszki z piwem Shamana, ale została mi brutanie odebrana. Buuuu!

Potem warto wspomnieć świetną zabawę na koncercie Engela, choć z płyty brzmią dużo gorzej, no i Sabaton. Pewnie bym olała ten koncert (bo jakoś ich na początku nie skojarzyłam z 40:1), ale Kamil wybierał się pod scenę to także postanowiłam się tam wbić. No proszę, kto by się spodziewał – Baranek obok mnie. Koncert niesamowity – wyłam z wokalistą wszystkie piosenki nie mając zielonego pojęcia o słowach ^__^. Strzeliłam kilka fotek i zgubiłam telefon, podczas skakania. Kiedy się zorientowałam co się stało, zanurowałam w morze skaczących glanów i uratowałam go. Ma sporo rys ale można powiedzieć, że tanio się wykupiłam w porównaniu co stado skaczących metali mogło z nim zrobić.

Podobnie wyłam podczas ‘Augen auf!’Ooomph. Liczyłam z wokalistą do 10 po niemiecku, mimo że moje znajomości językowe pozwalały co najwyżej na dojście do 3. W takiej atmosferze dokonuje się rzeczy niemożliwych ;) Zresztą polecam kapelę jak ktoś lubi industrial-pop-metal. Wraz z kawałkiem ‘Gott is ein Popstar’.

Ale i koncert Korpiklaani i Sabatonu nie mówiąc już o Ooomph to było nic w porównaniu z tym co działo się na Amon Amarth – najulubieńszej z tych, które zagrały. Zaczęłam się dopychać za późno, bo poznawaliśmy wcześniej dosyć dziwnego typka, ale stałam z boku przy barierkach. Nie była to moja ulubiona pozycja – wolałabym ciut dalej, ale bliżej środka – tak gdzie falował tłum ludzi. Na szczeście udało mi się rozruszać stojących obok, tak że oprócz doskonałego widoku miałam też atmosferkę. Najlepszy koncert na którym byłam. Zaczął się późno wieczorem, przy lejącym deszczu. Wraz z resztą skandowałam „fuck the rain!” i Amoni dali czadu. Najlepiej było przy piosence ‘The pursuit of Vikings’. Gdy wokalista śpiewał o wikingach wyruszających na podbój mimo przeciwności losu i sztormów, artramentowe niebo raz za razem rozświetlały pioruny. W ciągu kilku chwil byłam przemoczona do cna, ale to nie ważne – liczył się tylko śpiew ( a właściwie wycie) z Wikingami z Amon Amarth. Cudowny koncert. Na Apocalypticę nie zostałam bo podbiegłam ratować to co zostało z naszego przeciekającego namiotu. W bokach – 3 cm warstwa wody, o suchych rzeczach mogłam zapomnieć.

Ostatni dzień też był genialny. Poszłam z Martynem i Kamilem na Sonatę. Średnio mi leży power metal, ale wraz z nimi dzielnie dotarłam pod scenę. Oczywiście znów lało. Koncert opóźnił się o kilkadziesiąt minut, podczas gdy publika moknęła w strugach deszczu. Gdy wykonali kilka kawałków nagle zalany wodą sprzęt siadł. Pozostał tylko mikrofon. Więc niczym nie zrażony wokalista po raz pierwszy zaśpiewał z 10 tysiącami wyjących gardeł ich największy hit „Full Moon”. NIESAMOWITE! Potem odśpiewaliśmy sztandarową przyśpiewkę Finów z Sonaty czyli „Vooooodka, we need some vooodka, we need some vooodka, we need some voooooooooooodka!” ;) zazwyczaj graną na koniec. Najczęściej w takich sytuacjach kapela rozkładała ręce i przerywała koncert. Tony Kakko dał radę.

Potem grało Within Temptation. Uznałyśmy z Martynem że i tak wszystko jest już przemoczone więc postanowiłyśmy zostać, zwłaszcza kiedy jakieś 3-4 lata temu uwielbiałbyśmy tą kapelę. Też nas nie zawiodła. Stałyśmy przy barierkach, a ja miałam uczucie zgniatanej przez tłum miednicy. Że tak powiem o artybuty kobiecości przestałam się martwić dawno temu kiedy zostałam sprasowana, zgnieciona i zmiażdżona. Koncert także niesamowity i także w deszczu, choć już ustępującym. Niesamowita oprawa. Wyłyśmy z Martyną wszystkie piosenki, które kilka lat temu śpiewałyśmy w uroczym kaszubskim lesie do drzew. Po „Angels” kiedy moja euforia sięgnęła zenitu wrzasnęłam do Martyna „Kurwa, błagam niech dziś zagrają ‘Mother Earth’”. Po chwili ‘ciszy’ czyli skandowania WI-THIN! Usłyszałam znajomą przygrywkę i piszczałyśmy z Martyną aż do pierwszych słów. Kamil tymczasem dzielnie stał na stanowisku i starał się, aby ci z tyłu za bardzo nas nie zmiażdzyli ;). Przywiozłam też pierwszą pamiątkę z koncertu – korek od butelki. Hahaha, znowu wiem, że brzmi to dziwnie. Na koncertach kapele rzucały w publikę różnymi przedmiotami – od najbardziej pożądanych kostek i pałek, przez ręczniki, puszki z piwiem, a także butelki z wodą. Pierwszy raz coś złapałyśmy! (Nie licząc puszki Shamana, którą mi wyrwano i pałki bębniarza Bloodbound, która smagnęła moją rękę). Woda oczywiście poszła w koło, ale to ja zaczerpnęłam z niej łyk jako pierwsza. A teraz mam pamiątkę w postaci korka ;)

Co jeszcze z MoRu – poznałam Koreankę, która tarabaniła się do Czech aby zobaczyć Moonspell (wyjątkowo słaby koncert) a także dziewczynę z Kentucky, która wyglądała jak Japonka, wychowała się w Czechach a także odwiedziła Warszawę. (‘You are from...’-‘Warsaw’-‘Warsaw? I don’t know this city’ – ‘It’s the capital of Poland -_-‘ –‘Łałsałah’? Yes, i’ve been there!’ ;D). Ponadto odwiedziłam czeski posterunek policji. W 30 minut odzyskałam zagubiony po raz kolejny telefon, poznałam pana komisarza, i posterunkowego co jeździ po zboże do Bielska Białej, a także że z imieniem Marta najlepiej współgra czeskie przysłowie ‘Marta co ją zna cała parta’ (czy jakoś tak). Wesoło nie?

Potem powrót do Warszawy (przepraszam z którego peronu odjeżdża pociąg do Warszawy?-Nie wim, ale se wyswetli-a zdążymy?-jak se szybko wyrychtujecie i pobiegniecie to jo’ XD), zagubione chipsy biesiadne (czeskie:bohema), zastąpione czipsami o smaku czosnkowym. Przez całą podróż zapychaliśmy do warsu by czymś zdusić ten smrodek ;). Potem kilka dni w Warszawie z Martynem i wypad z Kamilem nad Wisłę. Oj, działo się, działo.

Wyjaz Martyny i bardzo smutna wiadomość. Wypadek samochodowy i śmierć brata mojego ojca [*]. Nie potrafiłam płakać, ale ręce na pogrzebie trzęsły mi się niesamowicie. Najgorzej że rozrywało mnie poczucie winy. Nie mogłam się smucić, bo każdą komórką swojego ciała chciałam krzyczeć ze szczęścia. Z marzeń, które mają okazję się spełnić. Z uczucia, które obce było mi już od bardzo dawna.

Bo gdzieś tam przed wyjazdem, między koncertami, potem po pogrzebie i po powrocie moje myśli krążyły wokół niewielkiego miasteczka w centralnych Włoszech. Gdzie mieszka ktoś, kto sprawia, że zaśmiewam się całe wieczory, a potem cały dzień czekam na to aż znów nadejdzie zmierzch. A przy okazji uczę się wreszcie włoskiego. Baci Federico!

Co jeszcze z nowości? Praca. Wreszcie znalazłam robotę. Pierwszy raz w życiu poszłam na rozmowę kwalifikacyjną. Właściwie zostawiłąm tylko swoje CV i zagrałam w jedej scence sytuacyjnej. Potem pół dnia próbnego. Dalej jeden dzień strasznej harówki w punkcie skupu i sprzedaży używanych podręczników. Dziś rano dowiedziałam się, że z około 24 dziewczyn, które wciągu 2 dni przyszły na rozmowę i zdecydowały się wstępnie zostały 4. W tym ja. Szkolenie, które polega na tłumaczeniu, a potem już wywrzaskiwaniu informacji i opierdzielaniu z góry do dołu dziś sprawiło że 3 razy miałam ochotę się rozpłakać. Tak, ja. Ponoć niewiele dziewczyn wytrzymuje bez łez pierwszy tydzień, potem wcześniej czy później każda pęka. Nie pokazałam ani odrobiny przykrości w głosie, wyrazie twarzy itp. Nauczycielka Shuurei miała rację, że makijaż to najlepsza broń kobiety. Kobieta w makijażu płakać nie może. A poza tym mam tą cholerną duszę wojownika. Wiele raz dała mi w kość, ale w takich sytuacjach się przydaje. Każe zagryźć zęby i nakłada na usta uśmieszek tryumfu (który szkolące irytuje jeszcze bardziej).Wojownik wie, że im więcej potu na treningach tym mniej krwi w walce. Myślę, że nie spotkam klienta bardziej wściekłego i potrafiącego dopiec niż kochane szkolące. Dlatego jestem im wdzięczna. A poza tym jak spłynie po mnie fala przekleństw za błędy, to przy takim upale zawsze otrzeźwia. Zacisnąć zęby i do przodu. Nie dlatego, że potrzebuję tej roboty jak zbawienia. Właściwie mogłabym wogóle nie pracować. Zależy mi żeby zarobić na kurs fińskiego. Poza tym jest też świadomość że mając 20 lat wypadało by już zbierać jakieś doświadczenie. I zbieram. Oj, zbieram. Nie, nie zasiskam zębów. Szczerzę kły do losu, do mdlejących z bólu kolan, do zawrotów w głowie, których wczoraj miałam z 6, dziś ze 3. Szczerzyć kły. Właśnie kły. Służące do obrony, ale ataku. Dziś po 4 godzinach tortur fizycznych i psychicznych szefowa nas egzaminowała. W porówaniu z tym co robiłyśmy z cały dzień – było jak spacerek.

Bo szkolone jesteśmy dwójkami. Okazało się, że ja nauki pobieram wraz z dziewczyną nie tylko z mojej uczelni, ale też kierunku. Tyle, że o rok wyżej. Poplotkowałyśmy trochę o wykładowcach, dopytałam się o przedmioty (jeśli ktoś ode mnie z uczelni doczytał do tego miejsca to informuję - A. nie miała na 3 semestrze dnia wolnego sic!), pogadałyśmy o naczelnej muzułmance uczelni Ł., która na jesieni zdaje się wychodzi za mąż.

Dalej już nie męczę słowa, tylko chyba ogarnę się do spania. Buźka wam wszystkim i trzymajcie się!

P.S. niestety podejmując pracę musiałam się zobowiązać, że nie przerwę jej do końca września. W związku z tym niestety nie uda mi się z Pauliną spotkać w Gdańsku, pojechać z dziewczynami na kajaki, a także uczestniczyć w pierwszym tygodniu zajęć na uczelni. Buziek i do odezwania się.

P.S.(2) Czy zastanawianie się przez 50 minut którą pocztówkę wysłać F. jest normalne?

P.S.(3) Oto Full Moon Sonaty. Jest to power metal, czyli dla mnie wogóle nie jest to metal, więc jakby ktoś chciał się wczuć w mój nastrój a nie lubi ciężkich kawałków to polecam. btw. słabe video.



P.S. (4) W ubiegłym tygodniu było także spotkanie z naszą kochaną Panną Anną na pysznej sałatce (u mnie) i makaroniku (Ania). Ale tak złożyć zamówienie, żeby do stolika nam wszystko podali zapakowane ty chyba tylko ja potrafię :D

3 komentarze:

Anonimowy pisze...

nio zapomniałaś dodać o naszym spotkaniu i wielkim Twoim muszkieterze i Twoim buraku na twarzy: takiej dawno cię nie widziałam. I cieszę się ,ze cię taka widzę Kochana:*

Anonimowy pisze...

O naszym spotkaniu faktycznie zapomniałam.
Ale o F. napisałam :D Trzeba było uważniej czytać akapit 10-11 :D
I jakim buraku????? ^__^

Anonimowy pisze...

hej :) widzę, że u Ciebie życie toczy się megakoncertowo (: i dobrze :) ja jakoś nie czuję się pośród szalejącej młodzieży.. raz byłam na tzw. 'konfrontacjach muzycznych', sam metal, pogo itd. Moja psychika na tym ucierpiala i więcej chyba nie pójdę na coś tego rodzaju;p nie mniej jednak mile wspominam inny wypad na koncert Jordanu, zespołu z mojego miasta, grali reggae, ludzi nie znałam, a skakałam z nimi i było fajnie ;p swojsko :)
ale obecnie to słucham muzyki która przynosi spokój mojej starganej duszy, słucham Chopina :) w zesżłym tygodniu jakaś siła ciągnęła mnie do tej płyty i co? I teraz zasłuchuje się we wszystkim co stworzył Chopin. Mój kolejny idol muzyczny, po prostu geniusz. Kocham fortepian, kocham pianino.. kocham te delikatne brzmienia, które to wznoszą się, to opadają... x) mmm.. x)
jak będę 'na swoim i będę zarabiać' to kupię sobie pianino ;p bo mam tylko organy-keyboard, ale to nie to samo, musi być prawdziwe pianino albo fortepian;p a nie sztuczne dźwięki ze sztucznym podkładem, tak to każy umie grać. jak się już uczyć to klasycznie ;D

Przykro mi z powodu Twojego wujka.. [*] Ja zawsze płacze na pogrzebach. Raz byłam na pogrzebie wujka, którego co prawda nie lubiłam, bo ciągle pił i w ogóle.. ale jak już widzę kogoś w trumnie i tłum ludzi płaczących w koło to czuję weltschmerz.


nie do końca zakumałam z tą Twoją pracą, gdzie Ty pracujesz? W księgarni?