wtorek, 10 czerwca 2008

Tytuł roboczy: Dies Irae cz.1

Dies irae, dies illa
solvet saeclum in favilla,

teste David cum Sibylla.


Quantus tremor est futurus,
quando iudex est venturus

cuncta stricte discussurus.


Dzień ów gniewu się nachyla,
gdy w proch wieki zmiecie chwila,

świadkiem Dawid i Sybilla.


Będzie strach tam, będzie drżenie,

przyjdzie sędzia sądzić ziemię

a roztrząsać wszystko wiernie.


Szedł prosto do celu. Nozdrzami wyłapywał słabą woń strachu przyszłej ofiary. Niedługo ją dopadnie. Czas nie ma znaczenia. Zatopi kły w jej karku, słysząc głuchy trzask łamanej kości. Pozwoli, aby ciemna posoka spłynęła po gardle na pierś i dalej, aż do Matki Ziemi, która dotąd nie szczędziła miejsca na cmentarze. Teraz, odkąd się tu pojawił, cmentarzyska czasem sięgają po horyzont. Teraz ogarnięci jedynie chęcią przeżycia uciekają daleko na wschód, błagając głuchych Bogów o przeżycie. Korowód głupców, którzy myślą, że ominie ich nieuniknione.
Zatrzymał się. Spojrzał na krwawiącą kończynę. Do rany wdała się infekcja i wiedział, że jego czas niedługo nadejdzie. Ropiejące brzegi cięcia, które zadała mu ofiara nie będą miały okazji się zasklepić. Nie miało to znaczenia. Szedł jako jeden z wielu, jako jeden z wielu wypełniał cel, który przed nim postawiono.
Jeszcze kilka trupów pokryje jego drogę zanim upadnie po raz ostatni. Zatraci się w upojnym zapachu krwi i wszechobecnego przerażenia. Upojony bólem i rozpaczą rozedrze kilka ciał, śpiewając pieśń śmierci.
Krok za krokiem. Cios za ciosem. Śmierć za śmiercią. Coraz bardziej ten kawałek Ziemi przypomina krainę jego Pana, coraz bliższy jest Pierwszej Kolonii Przedsionka Piekła.
Usłyszał płacz. Zatrzymał się, zdziwiony, że dotąd nie wyczuł odoru strachu człowieka. Nadal go nie czuł. Zbliżył się do miejsca skąd wydobywał się płacz – spalonego kikutu drzewa, teraz pustego w środku, pokrytego czymś, co kiedyś mogło być członkami człowieka. Zacharczał i wyciągnął odartą do kości łapę by jednym ciosem zakończyć to żałosne kwilenie. To... to nie był człowiek. Nie był też demonem, ani żadnym z innych stworzeń jakie znał. W jego naturze nie leżała litość. Wysunął wargi i pozwolił kłom nacieszyć się zapowiedzią przyszłej uczty, posoki spływającej po szczęce. Cios został zadany szybko i celnie. W oczach ofiary nie było strachu czy zdziwienia. Tylko zrozumienie dla koniecznej kolei rzeczy.
A potem? Nie zapadła ani noc, ani dzień. Nie przygasła też łuna bijąca od żarzących się żagwi. Nastał kolejny etap czasu, który tutaj nie miał żadnego znaczenia.

1 komentarz:

Anonimowy pisze...

Marta nareszcie pisze?