środa, 26 marca 2008

A jutro znowu jest dzień, z którym trzeba się zmierzyć.


Strach. Niczym czarna wstęga dymu, wgryzał się w szmaty, włosy, buty. Przez usta, oczy, nos i uszy sączył się ciemnym jadem wprost do serca, zamieniając je w nieregularną bryłę lodu. Kilka trzeszczących żałośnie ognisk i ich mizerny blask, zdawało się pogłębiać przepaść między resztką światła zawartą w płomieniach i przerażającym mrokiem panującym dookoła.

Kilku żołnierzy przysiadło przy punktach ognia, wpatrując się w hipnotyzujące jęzory, starając się zabić strach gorzałą lub nieszczerym śmiechem. Inni zaś rzucali się nerwowo w śnie, dręczeni przez urywki obrazów i przeczuć tego co wydarzy się jutro.

W największym namiocie wciąż trwały przytłumione dyskusje, rozważania i plany. Nadaremno.

Po raz ostatni ujrzeli księżyc w jego krwawej poświacie. Po raz ostatni zobaczyli jakikolwiek księżyc.

1 komentarz:

Anonimowy pisze...

brawo:P